Klara



POCZĄTKI

Wszystko zaczęło się od Jego spojrzenia. Te oczy, tak żywo spoglądające z Krucyfiksu św. Damiana, nadały nową tożsamość młodemu i ambitnemu młodzieńcowi o imieniu FRANCESCO. Spotkali się – wielki Bóg i mały człowiek... Wystarczyła sekunda, aby uruchomić cały szereg wydarzeń, które na zawsze zmienią bieg życia nie tylko Franciszka z Asyżu, ale i tych, którzy tak jak on przez wieki będą pragnąć bliskości Ukrzyżowanego Jezusa, który... nie umarł, lecz żyje na wieki!

Krzyż w małym, zrujnowanym i nieczynnym kościółku św. Damiana w dolinie Spoletańskiej tryska życiem. Dosłownie – strumienie krwi jak z bijącego źródła wylewają się z Chrystusowym Ran, niczym ożywiający i obmywający strumień miłosierdzia... Ten krzyż zwiastuje zwycięstwo. Ukrzyżowana miłość przezwyciężyła niejeden opór, niejeden lęk, niejedno wahanie Franciszka Bernardone. Syn bogatego kupca miał mieć przed sobą świetlaną przyszłość: bogactwo, sława; pojawił się też pomysł, by zdobyć tytuł rycerski i w ten sposób dostać się do wyższej klasy społecznej – jak to w średniowieczu, liczył się ten, kto jest wyżej (maior). Jedna nieudana wyprawa na wojnę, potem druga, w której Asyż przegrywa z Perugią, i wielu idzie do niewoli, a wśród nich nasz Bohater. Przychodzi choroba, czas na refleksję... Łaska działa nieustannie, krok po kroku, chwila za chwilą. Młodzieniec powoli kapituluje wobec Miłości, Która nie jest kochana. Klęka przed Krzyżem, który nagle do niego przemawia: „Franciszku, komu lepiej służyć – panu czy słudze?” To oczywiste, że „Lepiej panu!” „Więc czemu opuszczasz Pana dla sługi?!” Wszystko wydaje się teraz ukazywać w innym świetle, serce młodzieńca dokonuje wyboru. Bóg ma dla niego zadanie: „Idź i odbuduj Mój Kościół”... I co zrobił? Poszedł!! I oto się zaczęło... Dwudziestoczteroletni mężczyzna poświęca się modlitwie i pracy, najpierw dosłownie odbudowując opuszczone kościółki z okolic Asyża; z czasem dopiero zrozumie, że Kościół Boży jest w duszy, i to tu go trzeba odbudowywać, odda się zatem głoszeniu kazań, nieustannie czerpiąc światło z Ewangelii i samotnego przebywania z Bogiem. Sam stał się światłem, które nie mogło ukryć się pod korcem. Zarażał Bogiem. Pierwsi towarzysze ubogiego brata razem z nim poszli szukać i...kochać tych, którzy są mniejsi (minor), poszli do najuboższych, do odrzuconych, łącznie z trędowatymi, a „Pan współdziałał z nimi”. W sposób niezrozumiały dla samego Franciszka zgromadziła się wokół niego cała rzesza zakochanych w Bogu ludzi, która z czasem nabierze konkretnych kształtów, aż do zatwierdzenia Reguły ich życia, która w swojej treści składała się wyłącznie z cytatów z Ewangelii. Da się tak żyć? Im się udało! Imię Jezusa mieli na ustach, gdziekolwiek poszli, a tak jak Pan sam rozsyłał uczniów na krańce świata, tak i oni szli i przepowiadali. Teraz największą ambicją Franciszka było głosić „pokój i dobro”, dać ludziom poznać Tego, Który nadał sens jego życiu. Odwaga popchnęła go nawet do pielgrzymowania do Ziemi Świętej, gdzie spotykając się z sułtanem, zjednał sobie przychylność muzułmańskiego świata. Wielu takie wyprawy przypłaciło życiem, a on... pozostawił ślad Bożej dobroci i pojednania... On „nie miał innych pragnień, innych tęsknot”, oprócz tego Jednego – Jedynego Boga. Cały upodobnił się do swego Chrystusa do tego stopnia, że Ojciec z nieba zechciał, by stało się to widzialne fizycznie. Obdarował więc swego wiernego sługę współuczestnictwem w Męce Jezusa, wyciskając na nim widoczną pieczęć stygmatów, które nosił przez dwa lata aż do dnia przejścia do wieczności.

Młodemu pokutnikowi, który wędrując to tu, to tam, z radością śpiewał pieśni o swojej Oblubienicy – Pani Ubóstwo, przyglądało się wielu ziomków. W ich gronie znalazła się też młodsza o 12 lat szlachcianka – KLARA Favarone di Offreducio. Już imię zradza, że była jasna, ale bardziej z czynów niż samego tylko imienia. Z rodziny głęboko chrześcijańskiej wyniosła umiłowanie modlitwy i miłosierdzia względem ubogich. Czegoś jednak jej brakowało – definitywnego wyboru, możliwości całkowitego „oddania się Temu, który cały się oddał dla naszej miłości”. Z każdym kazaniem Franciszka na asyskim placu, a potem indywidualnymi spotkaniami na rozmowach duchowych wzrastał w młodym dziewczęciu głód czegoś więcej... Co jednak zrobić? Nie może żyć tak jak bracia – żebrząc od domu do domu, śpiąc pod gołym niebem, będąc na dodatek jedyną niewiastą w ich gronie. A do tego wszystkiego rodzina się nie zgodzi (zwłaszcza wuj, który sprawował opiekę nad rodziną w zastępstwie za zmarłego ojca), przecież to nie przystoi szlachciance... Ale łatwo się nie podda. Razem z Franciszkiem, w coraz większej duchowej przyjaźni (gdzie Klara nazywa go ojcem!) podążają drogą odkrywanego w sercu, złożonego im przez Ducha świętego charyzmatu – życia wyłącznie dla Jezusa, spełniając wymagania Ewangelii. Osiemnastoletnia Klara ucieka z domu w noc Niedzieli Palmowej i za zgodą miejscowego biskupa tymczasowo przebywa u benedyktynek, a następnie w innej niesformalizowanej wspólnocie pobożnych kobiet. Jednak ona wie, że to nie jest to, czego Pan od niej chciał... Ostatecznie zamieszkuje przy odrestaurowanym przez swego duchowego przewodnika kościółku San Damiano. Tak, to jest to miejsce... I to jest to spojrzenie Ukrzyżowanego... Kilkanaście dni wystarczyło, by rodzona siostra Klary – Agnieszka nie mogła usiedzieć spokojnie w domu i dołączy do swej siostry, która odtąd będzie dla niej przełożoną (opatką - ksieni), a i nie tylko dla niej, ale i w późniejszym okresie dla ich trzeciej siostry - Beatrycze i... ich matki - Ortolany oraz wielu innych, których liczba w tak ciasnym przytułku dojdzie do pięćdziesięciu. Niezwykłe życie, surowa pokuta, nocna liturgia, wspólnotowa miłość – we wszystkim JEZUS... A zwłaszcza Jezus ubogi i ukrzyżowany. Bywały ciężkie chwile, gdy nie wystarczało do skromnego nawet posiłku użebranego przez braci chleba, ale Klarze o matczynym sercu nie brakło wiary: znak krzyża na ostatnim bochenku uaktualnił ewangeliczny cud rozmnożenia. Klarze nie brakło nigdy pokory, gdy swoim siostrom utrudzonym pracą myje stopy, całując je w głębokiej czci dla Tego, który umył je swoim uczniom. Nie brakowało jej miłości, gdy pielęgnowała swoje siostry chorujące na najbardziej odrażające dolegliwości; i nie brakło jej odwagi, by Swego Ukochanego poprosić o uzdrowienie dla nich – a On faktycznie niczego jej nie odmówił... Zadziwia prostota jej życia – ona nie szła i nie krzyczała na placach... Nie robiła nic szczególnego. Cierpiała, trzydzieści lat złożona chorobą do łóżka, wykonując proste ręczne robótki... - nie ma się czym szczycić... Ale jak wielki ogień Jezusa płonął w jej sercu, skoro potrafiła swoim zawierzeniem i modlitwą ocalić przed piekłem duszę nie tylko niejednego śmiertelnika (a i demony krzyczały, że palą ich modlitwy Klary), ale nawet dwukrotnie wspomóc cały Asyż, gdy wojska nieprzyjaciół - w tym raz Saracenów spod znaku księżyca – uciekły spod bram miasta rażone światłem bijącym z trzymanej przez ubogą siostrę Cyborium z Najświętszymi Hostiami skrywającymi Obecność Tego, który dał jej słowo, że „zawsze strzec je będzie”...

Klara sercem, duszą i ciałem nieustannie trwała przed Obliczem swego Umiłowanego. Z Nim dzieliła troski przełożeństwa, Jego pytała o zdanie w wątpliwych chwilach, nieustannie nasłuchiwała, co bije w Bożym Sercu, trwając w milczeniu i oczekiwaniu na modlitwie, jaką On da jej odpowiedź. Bycie w Bożej obecności jej wystarczało, by nasycić zgłodniałego ducha… Właśnie takie jej kontemplacyjne usposobienie Pan sam uczynił drogą do wyniesienia jej na szczyty świętości, na tę samą drogę wprowadzając inne uczennice. Cała rzesza kobiet weźmie z niej przykład, i gromadząc się w kilku- lub kilkunastoosobowych wspólnotach rozproszy się wkrótce nie tylko po Italii, ale dość szybko po całej Europie, a nawet dalej… Już za życia świętej asyżanki takich wspólnot (pierwotnie zwanych damianitkami – od imienia patrona klasztoru, św. Damiana, w którym żyła Klara – następnie Ubogimi Paniami, a w końcu klaryskami) będzie sporo, wśród nich bardzo prężna i radykalna w swym ubóstwie wspólnota w Pradze, założona przez św. Agnieszkę, córę króla czeskiego, której dziś zawdzięczamy odsłaniające najgłębsze tajemnice życia duchowego Klary niezwykłe relikwie w postaci listów do niej. Z czeskiego zalążka Zakonu Klarysek wywędruje kolejne kilka sióstr do kraju Polan - na zaproszenie bł. Salomei Piastówny. Ubogie mniszki zamieszkają pierwotnie w Zawichoście na ziemi sandomierskiej, a niedługo potem ze względów bezpieczeństwa przeniosą się do Skały pod Kraków, aby na stałe osiedlić się w Krakowie. Za Bożym zrządzeniem, charyzmat klariański, zraszany łaską niebieską znajdzie w Polsce dobry grunt i przez osiem wieków nieprzerwanie będzie oświecał tę ziemię, aż do chwili obecnej. Dziś w naszej Ojczyźnie są 22 klasztory czterech gałęzi tej zakonnej rodziny. W ponad 70 krajach świata modli się codziennie więcej niż 20 000 klarysek i żyjąc w ukryciu, nie opuszczają murów klauzury (prócz sytuacji poważnej konieczności), nie pełnią dzieł apostolskich, większość swojego czasu rezerwują dla Samego tylko Boga. Tak jak w wojnie z Amalekitami, Jozue z mieczem wojował na pierwszej linii frontu, a zwycięstwo i tak zależało od wzniesionych ku Niebu rąk Mojżesza (Wj 17, 8-16), tak spodobało się Najwyższemu, aby niektórych spośród obdarzonych łaską wiary przeznaczyć wyłącznie do takiej misji. Po to właśnie są klaryski…

A wszystko zaczęło się od Jego spojrzenia. Spojrzenia Ukrzyżowanego. Franciszek i Klara to postacie, które pozwoliły Mu odmienić swoje życie... Ale dziś ten Sam Ukrzyżowany patrzy z miłością... na mnie i na ciebie... Pozwolisz Mu na siebie spojrzeć? I jak dalej potoczy się TWOJA historia...?



ROŚLINKA NA ASYSKIEJ ZIEMI

„Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost...” (1 Kor 3,6)

Plantula, czyli roślinka. Tak mówiła sama o sobie Klara z Asyżu zawsze, gdy wspominała o swojej relacji ze św. Franciszkiem. Uznawała swoją zależność i pokorną wdzięczność. Zaiste, było za co... Bo czy święta Klara byłaby tą samą Klarą, gdyby Franciszek nie był dla niej tym, kim był? Powiedzmy nadto więcej – i powiedzmy to głośno! – czy św. Franciszek byłby tym samym Franciszkiem, gdyby Klara nie stała się dla niego tą, którą się stała?? Z PEWNOŚCIĄ NIE!

Powróćmy na chwilę do początków nawrócenia Biedaczyny, do roku ok. 1206. Na razie jest sam, bez towarzyszy. Ale też sam ze swoim ideałem, wyczytanym ze spojrzenia Ukrzyżowanego z krucyfiksu w San Damiano. To tu, w ubogim, zrujnowanym kościółku, gdzie kamienie ledwo trzymają się jeden na drugim, Franciszek zaczyna rozumieć, że tylko Chrystus jest fundamentem (1 Kor 3,11) i że trzeba pozwolić Jego Słowu przeniknąć się do najgłębszych pokładów serca, czynnie je wypełniając. On po prostu wziął się do pracy – tak jak zrozumiał Chrystusową prośbę o „odbudowę Kościoła”. Ciekawa Boża pedagogika, że choć Jego Ukrzyżowany Mistrz zlecał mu naprawę Kościoła pisanego przez duże „K” – Kościoła z żywych kamieni osób wierzących w Jego imię – to nie zaprzeczając temu, co pierwotnie zrozumiał nowy uczeń, nagradza jego zapał i zaangażowanie, zsyłając mu podczas pracy szczególne namaszczenie Swego Ducha (jak widać Pan nasz ma upodobanie w gwałtownikach swego królestwa, którzy nie są opieszali w Jego służbie, lecz ochoczy do wprowadzenia w czyn usłyszanego Słowa). Franciszek napełniony nadzwyczajną radością, przyjmuje dane mu niebieskie objawienie, natychmiast dzieląc się nim z przechodniami ciekawsko przyglądającymi się jego pracy: „Chodźcie, pomóżcie mi w pracy nad odbudową tego kościoła, gdyż będą tu mieszkać panie, których sława i święte życie będzie wielbić naszego Ojca niebieskiego w całym Jego Kościele świętym!” W planie Bożym kościółek św. Damiana miał przeznaczenie dla Klary i jej sióstr. Klara jeszcze żyła pośród świata; nastoletnia dziewczyna, mieszkająca w bogatym domu tuż przy placu asyskiej katedry św. Rufina. Chociaż duszę miała dobrą (por. Mdr 8,19), bo wysączyła z mlekiem matki prawdziwe chrześcijańskie postawy i od dzieciństwa wzrastała w miłosierdzie, to jeszcze nie był to czas jej marzeń o życiu tak radykalnym, o jakim już marzył dla niej Niebieski Ojciec. Minie jakieś pięć lat, zanim zdecyduje się na wyjście z domu ze względu na Chrystusa, ale już teraz Bóg rozmawia o niej z ubogim Franciszkiem. Znamienne, że ten mały brat jeszcze w ogóle nie przeczuwał, jaki plan dla niego ma Jego Mistrz, ani tym bardziej nie myślał o zakładaniu jakiegoś zakonu, o Regule, o braciach, a już dane mu było wiedzieć o… siostrach! Czas pokaże, że pierwotna intuicja zlana została z Góry po równo na ich dwoje: Franciszka i Klarę. Gdy po śmierci tego pierwszego burze przeciwności uderzą we wspólnoty Braci Mniejszych (franciszkanów) i Ubogich Pań (klarysek), to właśnie Klara będzie najwierniejszą strażniczką ideału życia ubogiego. Bracia będą w niej jak w zwierciadle odnajdywali to, co niestety już tylko niejasno zaczynali widzieć po odejściu serafickiego Ojca.

Roślinka. Imię, które sama sobie nadała, wskazuje na delikatność i potrzebę troski. Cała historia przyjaźni tych dwojga Świętych jest historią wielkiego obopólnego szacunku, wspólnego ubogacania się i uczenia się w Jezusowej szkole. Jednak w głównej mierze jest historią o ojcu i córce… Trzeba by dziś trochę odkłamać tak popularny w kulturze filmowej wizerunek przyjaźni tych dwoje prawie że zakochanych w sobie młodych ludzi, rezygnujących ze wspólnego związku ze względu na wyższe wartości. W starszym o 12 lat Franciszku młodziutka asyżanka widziała nade wszystko duchowego przewodnika. Kogoś, kto żył tym, co ukochał, i kto umiał w zaraźliwy sposób ukazać wartość kroczenia niełatwą drogą. „Nasz Ojciec” jak refren pieśni powtórzy się wielokrotnie w jej pismach, także w miejscach, gdzie mogła go zupełnie ominąć – to właśnie jego, a nie siebie nazwie założycielem zakonu sióstr ubogich… Pokora? Na pewno, ale pamiętajmy, że pokora zawsze jest prawdą! Franciszkowe zachęty jeszcze za jej świeckiego życia były najbardziej kluczowymi dla Klary. Tak mocno wpoił jej pragnienie, a wręcz żądzę ubóstwa, że jej biograf zapisze, że żaden bogacz nie był tak chciwy skarbów jak ona ubóstwa… Obraz Chrystusa pozbawionego wszelkich ziemskich dóbr będzie odtąd ich wspólnym ideałem, w którym jak w Zwierciadle będą się przeglądać oni sami, a także następne pokolenia franciszkańskiej rodziny.

W początkach swego powołania Roślinka była całkowicie zależna i poddana swemu przewodnikowi. To on wraz z braćmi w ową pamiętną noc Niedzieli Palmowej 1211 lub 1212 r. przyjął ją w kościele NMP Anielskiej i, obcinając jej włosy, poświęcił ją dla Chrystusa. W tym pierwszym okresie brat był „mistrzynią” jej nowicjatu. Klara wchłaniała franciszkowe intuicje, powoli adaptując styl życia braci do możliwości danych żeńskiemu życiu monastycznemu w ówczesnych realiach, narzucających szczególnie przebywanie w klauzurze. Gdy po bardzo krótkim czasie do Klary dołączą siostry, Ojciec będzie je odwiedzał, krzepił Słowem Bożym i wzywał nowe pokolenie mniszek do gorliwej pokuty. Obdarzony darem roztropności unikać będzie jednak zbędnych spotkań i spoufalania się. Co prawda, możemy dziś zarzucić średniowieczu, iż nazbyt przesadnie traktowało ostrożność w relacjach damsko-męskich… jednak jakże poszukiwaną dziś cnotą jest przejrzystość i jednoznaczność! Odwiedziny i słowo mówione z czasem ustąpią miejsca słowu pisanemu: do dziś zachowały się tylko niektóre pouczenia i zachęty Franciszka adresowane do wspólnoty w San Damiano. Nie bez rozrzewnienia Klara wspomni w swoim Testamencie, że Ojciec nieustannie najusilniej nawoływał je do trwania w świętym ubóstwie, naśladując w tym samego Syna Bożego. Nazywa Franciszka „krzewicielem i pomocnikiem w służbie Chrystusowi”. Jakiż to skarb otrzymała ta Roślinka w postaci duchowego ojca! Łudzi się ten, kto twierdzi, że znajdzie wszystko sam, nie chcąc wydobyć na światło zakamarków serca wobec swojego brata w wierze. Im większy ktoś otrzymuje dar, tym bardziej potrzebuje duchowego przewodnika i ojca…

Nie jest to jednak nigdy tylko jednostronny dar. Franciszek znał serce Klary, znał jej zażyłą relację z Umiłowanym Jezusem, stąd wiedział, jaką moc niesie jej pokorne trwanie w ciszy przed Tabernakulum. W przypadku największych wątpliwości dotyczących kształtu swego powołania – poświęcić się apostolstwu czy kontemplacji? – oczywiste jest do kogo zwróci się o radę. Ta niepozorna mniszka uprosi mu światło w rozeznaniu woli Pana (potwierdzonej jeszcze innymi znakami) i w ten sposób Boży biedaczyna na zawsze wyzbywając się niepewności, podejmie służbę głosiciela pokoju i dobra. W stosunku do Klary i sióstr ten brat zaskoczy nas jeszcze przynajmniej jedną historią. U schyłku swojego życia, doświadczony słabością ciała i utrudzony chorobą, w tym szczególnie dotkliwą utratą wzroku, zapragnie odpoczynku. Gdzie będzie szukał pokrzepienia? Zbuduje sobie prosty szałas w ogrodzie klarysek… Tak, to ten sam brat, który jeszcze niedawno przestrzegał siebie i swoich towarzyszy przed niebezpiecznymi związkami z przedstawicielkami przeciwnej płci – on właśnie znajdzie bezpieczeństwo oraz pokój duszy i ciała w bliskim towarzystwie mniszek. Miłość ma różne oblicza. Mawiał św. Augustyn: „Kochaj i rób, co chcesz!”. Ale jest warunek: KOCHAJ! Kochaj tak, jak widzisz, że drugiemu to posłuży, i tobie posłuży - ku zbawieniu duszy… Czas przeżyty przez Franciszka w San Damiano był szczególny. Tak jak złączyła ich osoba Chrystusa, tak też łączyli się we wspólnym przebywaniu w ciszy i kontemplacji.

„Polecam więc wszystkie moje siostry obecne i przyszłe następcy świętego naszego Ojca Franciszka i całemu Zakonowi, aby nam pomagali służyć coraz lepiej Bogu…” Te słowa z Testamentu św. Klary dobrze pokazują, jak ona rozumiała relacje z braćmi. A Franciszek obiecywał: „Pragnę i przyrzekam osobiście i przez moich braci otaczać was, tak jak ich, serdeczną troską i szczególnym staraniem.” Gdy serca czyste wpatrzone są w jeden cel, któremu na imię miłość Boża, tam dzieją się cuda i Bóg może działać swobodnie.

Dziś mamy wielu siewców Bożego Słowa, ale jak powie św. Paweł: „niewielu macie ojców” (1 Kor 4,15) Dobrze jest uwielbić Boga za danych nam duchowych przewodników, dobrze jest o nich prosić! Dobrze jest też, drogie kobiety, otwierać się na dar swojej kobiecości, duchowego macierzyństwa i duchowej płodności! Jakże potrzebujemy zdrowych i pięknych duchowych relacji! Potrzebujemy ich, by kwitnąć!



UBOGI UKRZYŻOWANY

ON i ona. ON, rozpięty na ramionach, przybity do szorstkiego drewna, spoglądał na nią spokojnie, mimo całego bólu, który przeszywał wszystkie członki Jego ciała. Spojrzeniem szukał kogoś, kto współczułby Jemu w przeżywanej boleści. A ona, mała, pokorna, umniejszała się jeszcze bardziej, całą sobą pochylając się ku ziemi. „Chwała i cześć niech będzie Tobie, o najmiłościwszy Panie Jezu Chryste, za najświętszą ranę Twojej prawej ręki! Przez tę świętą ranę odpuść mi wszystkie moje grzechy, których dopuściłam się względem Ciebie myślą, mową i czynem, w zaniedbaniu Twojej służby, w przyjemnościach przewrotnego ciała, we śnie i czuwaniu. I przez czcigodną Twoją mękę daj mi rozważać Twą śmierć i najświętsze rany…”/*

Podniosła wzrok na Niego. Po jej policzku spłynęła rzęsista, gorąca łza. Najpierw jedna, potem druga. Klara kontynuuje swoją modlitwę: „Chwała i cześć niech będzie Tobie, najsłodszy Panie Jezu Chryste, za najświętszą ranę Twojej lewej ręki! Przez tę świętą ranę zmiłuj się nade mną, i cokolwiek, co Ci się we mnie nie podoba, racz przemienić…” Kolejne łzy łagodnie staczają się po policzkach. Słychać pukanie do drzwi. Klara nie reaguje, nie podnosi się z klęczek. Nic nie słyszy, tak zajęta obecnością Jezusa, wtulona miłośnie w Jego Rany. „Daj mi zwycięstwo nad Twymi niegodziwymi wrogami, abym mogła ich pokonać Twoją mocą. I przez Twoją najmiłościwszą śmierć uwolnij mnie od wszystkich niebezpieczeństw obecnego i przyszłego życia. I uczyń mnie godną chwały Twojej w Twoim królestwie…” Teraz już szlocha. I znów pukanie, tym razem głośniejsze. Drzwi uchylają się i przed zapłakaną Klarą staje jedna z sióstr. Patrzą chwilę na siebie w milczeniu, obie nie ukrywając zdumienia. Klara zdziwiona odwiedzinami, a siostra tym, że matka wreszcie jakby ocknęła się ze snu. „Droga Matko! Tak się martwimy o Ciebie! Nie potrzebujesz czegoś?”. „Ależ skąd, przecież dopiero co był posiłek”. „Ależ matko, ty już trzeci dzień nic nie jesz, bez przerwy, przez dzień i noc tak trwasz na klęczkach wpatrzona w krzyż. Dobrze się czujesz?” Co ma odpowiedzieć? Zupełnie straciła rachubę czasu. Jest Wielki Tydzień, Kościół towarzyszy Zbawicielowi w Jego bolesnych tajemnicach. Gdzie indziej miałoby być serce tej, która zawsze pragnęła tak wiernie iść za swym Mistrzem, jeśli nie złożone z czułością u Jego zakrwawionych stóp. Tu, w ciszy celi, pod okiem Umiłowanego odnajduje pokój. Jego rany leczą Jej rany. A jej łzy koją Jego ból. Dobrze im razem… bo się rozumieją w tej niewymownej miłości.

Od zawsze ją przyciągał. Ten najbardziej zraniony, ‘odrzucony przez ludzi, bez wdzięku i blasku’. A przy tym pokorny ‘jak baranek prowadzony na rzeź’ (por. Iz 53). Cały w ranach, obolały, samotny, zraniony. UKRZYŻOWANY. Od Jego spojrzenia wszystko się zaczęło. Odkąd pokochali się wzajemnie, ona zawsze wszystko zaczynała od Niego. Jego pytała o zdanie, w Jego rozdartych członkach i otwartym sercu odnajdywała odpowiedź na wszystko. Przez te Najświętsze Rany wszystko uzyskiwała …

„Chwała i cześć niech będzie Tobie, najsłodszy Panie Jezu Chryste, za najświętszą ranę Twojej prawej stopy! Przez tę świętą ranę pozwól mi czynić godną pokutę za moje grzechy. I błagam Cię pokornie przez Twą najmiłościwszą śmierć, abyś strzegł mnie, Twojej służebnicy, dzień i noc w Twojej woli…”

O, tak… Klara w cudowny sposób odnajdywała moc w krzyżu swego Pana. „…i wyrwij mnie z wszelkiej przeciwności duszy i ciała…” W cudowny sposób odnajdywała w krzyżu pokrzepienie dla ciała, i to… nie tylko swojego. To w nim odnalazła rękojmię dla objawienia się zbawczej mocy Chrystusa. A zbawienie – to oczywiście w pierwszej kolejności odpuszczenie grzechów, ale też urzeczywistnienie się potęgi Bożego Królestwa – a w Bożym Królestwie już nie ma choroby i cierpienia. Gdy siostry z jej wspólnoty zmagały się z przeróżnymi i nieraz bardzo uciążliwymi dolegliwościami, ona tym znakiem, pod którym Pan nasz zwyciężył, jak olejem namaszczała utrudzone ciała. I po uczynieniu znaku krzyża w imię Trójjedynego Boga, choroby natychmiast posłusznie odchodziły. Biograf Klary zapisze, że „drzewo Krzyża, które wewnątrz swoimi owocami karmiło jej duszę, na zewnątrz swoimi liśćmi służyło jako lekarstwo”. Prawdziwe lekarstwo ciała i pokrzepienie dla ducha. Klara uczyła się zawierzenia Ukrzyżowanemu już od swej rodzonej matki. To ona, Ortolana, nosząc w swym łonie poczęte dziecko, które potem miało być jasnością dla Kościoła (Klara znaczy jasna), zawierzyła Bogu poród i życie niemowlęcia w kościele przed wizerunkiem Ukrzyżowanego.

Chwała i cześć niech będzie Tobie, o najmiłościwszy Panie Jezu Chryste, za najświętszą ranę Twojej lewej stopy! … Chwała i cześć niech będzie Tobie, najłaskawszy Panie Jezu, za najświętszą ranę Twego boku!

Na wspomnienie wody, która wytrysnęła po zranieniu włócznią, Klara doznawała wielkiej radości, i pragnąc przyjąć dar ofiarowany prosto z Serca Zbawiciela, często powtarzała siostrom: „Zawsze powinniście wspominać i pamiętać tę wodę błogosławioną, która wypłynęła z prawego boku Pana naszego Jezusa Chrystusa, wiszącego na krzyżu.” Pamięć o Nim, o Ukrzyżowanym, nigdy nie opuszczała jej myśli. Nie chciała zapomnieć nigdy i gorliwie dbała o to, aby jej współsiostry nigdy nie zapominały. W godzinach męki Jezusa, żarliwiej poświęcała się modlitwie, a kiedyś tak bardzo znienawidzona za to przez demona, została przez niego uderzona w twarz, tak iż oko zaszło jej krwią. Miała więc swój udział w zbawczej męce Syna Bożego. Miłość do ogołoconego przez krzyżowe cierpienia zapalała ją tak bardzo, że słowami wspomnienia o pojmaniu czy wyszydzeniu Chrystusa zdobywała kolejne dusze dla Niego, pociągając je na drogę życia taką, jaka sama obrała z miłości do Niego. Nie wahała się zachęcać nawet najdostojniejszej córki króla Czech, która zdradziła jej swoje pragnienie naśladowania Chrystusa w najwyższym ubóstwie: „Dostojna królowo, twój Oblubieniec, najpiękniejszy spośród synów ludzkich, stał się dla twego zbawienia najlichszym z ludzi, był wzgardzony, zbity, poraniony przez biczowanie, zmarł wśród męczarni na krzyżu. Wpatruj się w Niego, rozmyślaj o Nim, uwielbiaj i staraj się Go naśladować…”

Nie było nic innego na świecie, co by budziło w Klarze większe współczucie, większą miłość…

Przez najświętszą hojność Twego miłosierdzia, którą w otwarciu Twego Boku okazałeś żołnierzowi Longinowi, a teraz zaś nam wszystkim: błagam Cię, najmiłościwszy Jezu, abyś uwolnił mnie przez Twą najcenniejszą Krew, która dziś na całej ziemi jest ofiarowywana i przyjmowana, od wszelkiego zła przeszłego i przyszłego. A przez Twą gorzką śmierć daj mi wiarę prostą, nadzieję pewną i miłość doskonałą, oraz abym kochała Cię całym sercem, całą duszą, całą mocą.

Siostra cichutko przymknęła drzwi. Wie, że matka ma teraz swój szczególny czas zjednoczenia z Ukrzyżowanym. Nie śmie zakłócać tego miłosnego zjednoczenia. One wszystkie ze wspólnoty San Damiano dobrze wiedziały, ile dla ich matki znaczy każde wspomnienie o Boskiej Krwi Pana, o Jego ranach, Jego bólu. „Pan mówi: ‘Przyjrzyjcie się i zobaczcie, czy jest boleść podobna do tej, co Mnie przytłacza?’ Wołającemu i żalącemu się odpowiedzmy jednym głosem i jednym duchem: ‘Stale je rozważa i wzdycha z miłości dusza moja’…” Tak jak uczyła, tak też czyniła… Znów więc zostali sami – ON i ona. Świeża strużka gorących łez popłynęła po osuszonej na moment twarzy. Nie umie tego powstrzymać. Płynie samo…

Pięć Ran Boga – niech będzie moim lekarstwem! Przez Pięć Ran – wybaw mnie, o Chryste, od upadków! O Chryste, daj pokój – przez Pięć Twych Ran… Amen!

/*Tekst zaznaczony kursywą to fragmenty „Modlitwy do Pięciu Ran Chrystusa”, której autorstwo jest przypisywane św. Klarze



EUCHARYSTYCZNA MIŁOŚĆ

Złota szkatuła. Już pierwsze wrażenie podpowiada, że miała przeznaczenie na przechowywanie skarbu. Pobłysk zaświadcza o wykonaniu z drogocennego kruszcu, ale ząb czasu naznaczył już sobą jej wygląd, tym samym nadając jej wartość historyczną. W końcu to 800 lat... Kształtem podobna do szkatułki na biżuterię, ale jest sporo większa. Istotnie, zawierała bezcenny Skarb. Tak prawdopodobnie wyglądało naczynie – ówczesne cyborium – w którym mieszkał Król królów i Pan panów – Eucharystyczny Jezus. W swojej pokornej, niepozornej Postaci chleba cichutko zamieszkiwał ową kasetę… I z niej pewnego dnia odezwał się Jego pełen łagodności i pokoju głos …

Asyżanie jak zwykle krzątali się przy swoich codziennych sprawach. Przekupki na rynku przekrzykiwały się wzajemnie, pragnąc przyciągnąć klientelę. Rzemieślnicy pochłonięci swoją pracą starali się jak najlepiej zrobić to, co należało do ich fachu. Pewna kobieta właśnie prowadziła za rękę swojego syna do szkoły przy katedrze św. Rufina, bo dziś miały odbywać się lekcje z pisania i czytania Psałterza. Był wrzesień 1240 roku. Dzień jak co dzień, ale nie do końca… Szybko dało się wyczuć poruszenie w całym mieście. Wieści w lot roznosiły się po uliczkach. I co gorsza, wszystko wskazywało na to, że to nie były zwykłe plotki, ale zdumiewające fakty, budzące wręcz przerażenie. Ludzie powracający w obręb murów miasta mijali oddziały żołnierzy, niektórzy widzieli w pobliżu uzbrojonych łuczników. Z twarzy wojowników biła pewnego rodzaju dzikość, zupełnie obca ludziom kultury europejskiej. Co rusz dochodziły nowe wieści, które rozwiewały wątłe nadzieje mieszkańców doliny spoletańskiej, iż może to wszystko to jednak tylko wymysł podróżnych. To byli saraceni! Któż nie słyszał o tych wojskach, najętych przez cesarza Fryderyka, plądrujących włoskie miasta, żądnych krwi chrześcijańskiej? Niejedna historia wzbudzała lęk w każdym, kto tego słuchał. Obawiano się chwili, która właśnie nadeszła, i nawet niebo zaszło ciemną chmurą, jakby w geście współodczuwania. Poczucie bezsilności rzuciło asyżan na kolana przed Bogiem. Wiedzieli, Kto jedynie może ich ocalić. I wiedzieli, kto im to u Niego uprosi.

W San Damiano także zrodził się popłoch. Niepokój o własne losy i losy miasta przeszywał do głębi, jak miecz, serca ubogich pań, zamieszkujących ten niewielki klasztor. Klara uniosła się z łóżka, uchwycona jakby Czyjąś Ręką. Już wtedy widoczne były poważne oznaki choroby i osłabienia. Mimo wzmagających się dolegliwości wstała i udała się do kaplicy. Spędziła tam większość nocy. Milcząc i ufając. Ona znała Jego dobroć. Nigdy się nie zawiodła i wiedziała, że teraz też tak będzie. Przecież znali się tak dobrze, że nawet słowa nie były potrzebne, by wyrazić to, co serce chowało głęboko. Jeśli można użyć sformułowania, iż ktoś jest ,,uzależniony” od obecności Jezusa Eucharystycznego, to z pewnością można to było powiedzieć o Klarze. Spędzali razem dużo czasu. Wielokrotnie siostry zastawały ją w kaplicy jeszcze przez wspólnymi modlitwami i nie raz wychodziła ostatnia, gdy wszystkie inne już głęboko spały. ON był dla niej wszystkim, co miała. Bo w sumie nie miała przecież nic - nic spośród ziemskich dóbr. „Bóg mój i wszystko” wyryło się w jej duszy jakby rylcem. ON był dla niej jedynym źródłem szczęścia. Wiedziała też dobrze, jak smakuje głód Jego obecności. Zależało jej, by w jej wspólnocie siostry miały możliwość Komunii częściej niż zwykle mieli wierni. Nie tak dawny Sobór Laterański IV nakazał przynajmniej raz w roku. A Klara w Regule dla swojej wspólnoty zobowiązała siostry do siedmiu razy na rok, co na tamte czasy nie było przeciętną normą. Cóż się dziwić - jak się kogoś kocha, to się tęskni do bliskości i zjednoczenia…

W pierwszym odruchu, w chwili tak potężnego zagrożenia życia, skierowała swoje kroki ku Najświętszej Eucharystii. W kolejnych dniach sytuacja w Asyżu zdawała się tylko pogarszać. Wojsk przybywało i już nikt nie wychylał nawet czubka nosa zza murów obleganego ze wszech stron miasta. Wzmagała się ogólna panika i rosło poczucie rozpaczy, unoszącej się nad miastem jak plaga złośliwych much, niemożliwych do odgonienia. Im intensywniej wzrastało napięcie wśród mieszczan, tym bardziej rozlewał się pokój i ufność w sercu ubogiej mniszki. Nie bała się śmierci, ale to nie dlatego była spokojna. Wiedziała, że gdy Jezus ma wszystko w swojej ręce, to jest się bezpiecznym. Bała się tylko jednego – utraty Jego łaski. ON był jej jedynym bogactwem, a Jego nieobecność – największym ubóstwem… Napisała kiedyś do Agnieszki, księżniczki z Pragi, tłumacząc, że prawdziwymi nędzarzami są ci, którzy dotkliwie odczuwają brak pokarmu niebieskiego. To dopiero bieda – nie mieć, lub co gorsza – nie chcieć spotkania z Panem w Komunii… Był jeszcze jeden szczęściarz, z którym Klara podzieliła się sekretami miłości serca do Utajonego Boga: kardynał Hugolin… Odwiedzał panią Klarę, gdy tylko pozostałe obowiązki pozwalały mu na to. Niedługo po zamieszkaniu sióstr przy kościele św. Damiana kardynał przeżywał u nich paschalne święta. Nastrój musiał być niezwykle podniosły i radosny, skoro niedługo potem ów hierarcha napisze do Klary, że tak bardzo brakuje mu „tych naszych rozmów o Ciele Chrystusa...”

Dziwny hałas przerwał wspólny posiłek. Na znak dany przez Klarę siostra furtianka z szeroko otwartymi oczyma pobiegła zobaczyć, co się dzieje. Nie do wiary… Saraceni już weszli na dziedziniec klasztorny! Krzyk mniszek wypełnił dom jak powietrze. Rosły mężczyzna wspinał się na mur okalający święty teren, a za nim dwóch następnych. „Poprowadźcie mnie do bramy!” - rzekła matka, prosząc siostry, by w drodze podtrzymywały ją, by nie upadła ze słabości. Wpierw jednak kazała zabrać z kaplicy Jego Najświętsze Ciało. Zatrzymała się przy tej złotej szkatule, skrywającej Tajemnicę największą z największych. Cichym głosem, który jednak uchwycony został przez dwie najbliżej stojące mniszki, rzekła do swojego Mistrza: „Oto Panie mój, czyżbyś chciał nas, bezbronne, oddać w ręce pogan? Panie, proszę Cię, ochroń te Twoje służebnice, których obecnie ja sama nie mogę ocalić”. Pokornie uznała swoją zależność. I przemogła Go. Zaraz z owego cyborium doszedł do jej uszu głos, jakby małego chłopca: „Ja was zawsze będę strzegł!” Ulga, święta ulga… Ale – co z miastem? Przecież tyle dobra uczyniło, dając jałmużnę ze swojej pracy. Przecież nie można tego zapomnieć mieszkańcom. Pewnie w chwili śmiertelnego strachu niejeden człowiek zapomniałby o wszystkim, tylko nie o sobie. Ale nie ten, kto kocha i jest wdzięczny. „Miasto poniesie utrapienia, ale Moja opieka je ocali”. Siostry oniemiały. Tym razem nie z przerażenia, ale ze zdumienia. Czy zdawało im się, że Chrystus przemówił, czy to jednak może działo się naprawdę? Ta chwila trwała jakby wieczność… Gdy mniszki zamilkły, czekając na słowa Klary, zaskoczyła je cisza. Dziedziniec klasztorny nagle opustoszał. Zostały same. Ani śladu po obecności napastnika...

***

Klara chwyciła za pióro. Czas już napisać do siostry Agnieszki z Czech. Jej wspólnota w Pradze pięknie się rozwijała. Długo już do siebie nie pisały, a zresztą było tak niebezpiecznie w Europie, że nawet bracia rzadko wyruszali w trasę misyjną, więc nie miał kto zabrać korespondencji. Nadarzyła się okazja, więc napisze. „Szczęśliwy naprawdę ten, komu dane jest dostać się na świętą ucztę, aby przylgnąć całym sercem do Tego, którego piękność podziwiają nieustannie wszystkie błogosławione zastępy niebieskie. Miłość ku Niemu ubogaca, wpatrywanie się w Niego odświeża, Jego dobroć napełnia, Jego słodycz darzy pełnią, pamięć o Nim słodko oświeca, Jego woń wskrzesi zmarłych, Jego widok chwalebny uszczęśliwi wszystkich mieszkańców Jerozolimy niebieskiej...” Dość słów. Znów odezwał się głód. Duchowy głód. Klara odłożywszy pióro, powolnym krokiem wyszła z celi. Przeszła korytarz i weszła do chóru. Uśmiech delikatnie rozlał się na jej twarzy, gdy spojrzała w stronę złotej szkatuły...

s. Paulina M. Kaczmarek OSC