ZOSTAĆ KLARYSKĄ

z s. Pauliną M. Kaczmarek rozmawiała: Dagmara Gałązka

Przedruk z numeru 3/2018 - Ogień Jezusa,
Katolicki Miesięcznik Charyzmatyczny Wspólnoty Miłość i Miłosierdzie Jezusa




„Pociągnij mnie za sobą! Pobiegnijmy!
Wprowadź mnie królu w twe komnaty!
Cieszyć się będziemy i weselić tobą,
i sławić twą miłość nad wino(…)

O ty, którego miłuje dusza moja,
wskaż mi, gdzie pasiesz twe stada (…)
Miły mój odzywa się
i mówi do mnie:
Powstań, przyjaciółko ma,
piękna ma, i pójdź!” (Pnp)


Kilka lat temu pewna dziewczyna słyszała, jak jeden z ministrantów wołał za nią, przekręcając słowa: „Klarystka!”. Nawet nikt nie kojarzył, jak ona naprawdę ma na imię, bo wszyscy zwracali się do niej: „Klara”. Kiedy zagrała w oazowej sztuce postać świętej Klary, przyszła pierwsza myśl, że też chciałby prowadzić takie życie. I bardzo szybko sztuka teatralna stała się rzeczywistością. Kiedy spojrzała na krzyż z San Damiano, zakochała się, do szaleństwa. W Jezusie.

„Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca”. (Oz 2,16)

Opuściła więc dom, rodzinę, własne plany, chłopaka. Z tą dziewczyną rozmawiam dziś przez okno kraty w klauzurowym zakonie, w Skaryszewie. Siostra Paulina, mistrzyni nowicjatu, a jednocześnie osoba odpowiedzialna za duszpasterstwo powołań.

„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! (…) Oczarowałaś me serce, siostro ma oblubienico (…) Ogrodem zamkniętym jesteś, siostro ma Oblubienico, ogrodem zamkniętym, źródłem zapieczętowanym”. (Pnp)

Nie wiem, co Duch Święty miał na myśli, mówiąc o „ogrodzie zamkniętym”, ale wydaje mi się, że w tym kontekście słowa te idealnie pasują do sióstr z zakonów kontemplacyjnych. Bo faktycznie, od strony czysto fizycznej, siostry od świata oddzielone są murem. Dodatkowo tajemniczy napis na drzwiach: „Klauzura” potęguje to zapieczętowanie. Ale jest to tylko pozorne oddzielenie, bo tak naprawdę klasztory kontemplacyjne są w samym centrum świata. Ich modlitwa oświetla mroki naszych serc. Niejednemu pozwala odnaleźć drogę. Do Boga. Skierować wzrok ku wieczności.

„Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu” (Mt 5, 14-15)

Zakony podtrzymują istnienie świata. Jak powiedział sam Pan Jezus siostrze Faustynie: „Biada światu, jeśli zabraknie zakonów” (Dz 1434). Kościół, szczególnie w pierwsze czwartki, w dniu poświęcanym życiu konsekrowanemu, modli się o powołania. Ale skąd młody chłopak czy dziewczyna może wiedzieć, że ma powołanie? Co to znaczy „powołanie”? Z tymi pytaniami jadę do kontemplacyjnego klasztoru klarysek, do Skaryszewa pod Radomiem, gdzie witają mnie siostry. I to bardzo radośnie! Ta niegasnąca, franciszkańska radość, pokój, skromność i miłość, a w tym wszystkim taka zwyczajność, dają od razu do myślenia. To można żyć za kratami, zrezygnować z wszystkich cywilizacyjnych nowości, nie mieć dosłownie nic i być jednocześnie szczęśliwym? Jedna z sióstr zdradza mi, że one, tak po prostu, zamieniły dobra doczesne na te wieczne.

„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję”. (J 14, 27)

Z siostrą Pauliną znałam się tylko telefonicznie. Od niedawna pisze do naszego miesięcznika. Teraz mogłam ją poznać osobiście. Jakie mogło być przywitanie? Oczywiście - radosne! Siostra „wyściskała” mnie przez kraty. Miłością bliźniego od razu zniwelowała dystans, w końcu nieznanych sobie osób. Zajęło jej to pięć minut. Taka też pewnie była święta Klara. I takie są klaryski. Przynajmniej te, które ja poznałam, te ze Skaryszewa.

Przychodzi dziewczyna na furtę i mówi, że chce wstąpić do zakonu.
Zadaję jej wtedy pytanie: „Jak długo o tym myśli?”. Następne: „Dlaczego? Co się pod tym kryje? I czego w tym szuka?”. Takie pytania pomocnicze, które pozwolą rozeznać, czy nie jest to ucieczka, przed czymś, przed problemami, czy nie są to jakieś zranienia, które ją pozamykały na normalne funkcjonowanie w relacjach. Ważne jest też odkryć motywację, skąd to się bierze, bo może być tak - i takie przypadki też się zdarzają - że się ucieka przed problemem, albo osoba ma jakieś zranienia, na przykład w kontaktach z mężczyznami i boi się wejść w głębszą więź z mężczyzną i wtedy sobie myśli, że może do zakonu by poszła. Wydaje mi się, że każda dziewczyna, która by była dobrą zakonnicą, byłaby też dobrą żoną. Nie do końca jestem spokojna, gdy ktoś mówi, że nigdy nie brał małżeństwa pod uwagę. Może to świadczyć o tym, że nie czuje się w pełni kobietą, bo zdrowa zakonnica potrafi rozróżnić przystojnego mężczyznę od brzydkiego - widzi takie rzeczy. I to jest takie zdrowe spojrzenie. Musi tak być, bo to świadczy o zdrowym podejściu do przeżywania swojej czystości, ślubu czystości, to też jest bardzo potrzebne. Choć nie wykluczam, że zdarzają się przypadki, że ktoś faktycznie nigdy nie myślał o małżeństwie i ma powołanie. Na pierwszej rozmowie siostra prowincjalna, jeszcze z innego zgromadzenia, do którego pukałam, zapytała mnie, czy byłam kiedyś zakochana. W moim procesie rozeznawania, to było bardzo pomocne, bo był taki moment, że miałam chłopaka, a już mnie ciągnęło do zakonu. I czułam się wtedy tak, jakbym zdradzała Pana Jezusa. Uświadomiłam sobie, że dłużej tak nie mogę robić, bo Pan Jezus jest zazdrosny. To jest dość wyraźny znak powołania, jeżeli się ma relacje z drugą połówką. Na naszej stronie internetowej jest taki film, gdzie powołanie jest porównane do zakochania. Pan Jezus jest w centrum i On jest głównym obiektem zainteresowania.

Idzie człowiek ulicą - nie żyje sakramentami, jest daleko od Kościoła - a nagle przychodzi mu taka myśl: „Może bym został księdzem?” Czy jest to oznaka jakiegoś nagłego powołania?
Raczej nie. Zwykle powołanie jest związane z fascynacją Jezusem - to Jezus musi być w centrum, a ja idę dla Niego, ‘kręcę się’ wokół Niego. A w takim przypadku życie kapłańskie postrzegane jest jako zawód. To jest jakby wyjałowione „powołanie”, bez duszy. Pamiętam, była tak jedna historia, gdzie zgłosiła się starsza kobieta i  mówi, że ona by bardzo chętnie przyszła do zakonu, i mogłaby obierać zmiemniaki. Tak widziała siebie w roli zakonnicy. A to nie tak. Idzie się z miłości do Jezusa i wtedy jest się też gotowym na wszystko, jest taki moment w życiu powołanego człowieka i tak naprawdę mało ważne jest to, co ja później będę w tym zakonie robił.

Jak młody człowiek może rozeznać powołanie? Jaka myśl musi mu przyjść, żeby to było prawdziwe? „Panie Jezu, ja Ciebie kocham, chce żyć tylko dla Ciebie”?
Według mnie, ale to jest tylko moje osobiste zdanie, nie jest czymś przeciętnym, że taka myśl przychodzi. Pamiętam też dokładnie z mojego etapu rozeznawania: miałam koleżankę, z którą razem chodziłam na oazę, obie dość mocno zaangażowałyśmy się w relacje z Panem Jezusem, dzieliłyśmy się swoim doświadczeniem Bożej miłości i kiedyś na spacerze powiedziałam jej, że chciałbym iść do zakonu, będąc przekonana, że ona też, bo przecież idziemy tą samą drogą. Ona powiedziała mi wtedy: „A wiesz co? A ja nie”. I to mi dało do myślenia, że jednak nie jest to czymś naturalnym, że takie myśli przychodzą. Naturalnym dla człowieka jest wejście w relację z drugą osobą, bo życie w samotności, w sensie celibatu, jest już czymś ponadnaturalnym. Może być znakiem Bożego działania, pod warunkiem, że nie jest ucieczką.

Mówi się zazwyczaj o głosie powołania. Co to jest? Czy słyszy się wezwanie Pana Jezusa: „Pójdź za mną?”
Właściwie ten głos jest synonimem pragnienia. Powołanie jest marzeniem Boga o człowieku, ale jest to coś, co nie przychodzi z zewnątrz, ale z wewnątrz. Jest to jakby równoległe z moimi pragnieniami. Miałam jeszcze inną przyjaciółkę, ona poszła do zakonu, ale miała drogę „ cierpniętniczą”. Nie realizowała się w tym, nie dawało jej życie zakonne radości, było tylko ciągłym trudem, łamaniem siebie. Co nie znaczy, że cierpienia w zakonie nas omijają, one są. Ale np. święty Maksymilian mówił: „Gdyby nie cierpienie, umarłbym ze szczęścia”.

Miłość i cierpienie idą w parze.
Może tak być. Na początku często Pan Jezus robi tak, że nas bierze na cukierki. Początek: postulat, nowicjat często jest takim czasem, że Bóg osładza różne rzeczy. A później, powoli odstawia nam mleko, daje stały pokarm i zaczyna trochę więcej wymagać, ale już człowiek ma taki poziom miłości, że mu to nie przeszkadza. Początkowo jest czymś pociągany i to smakuje, na przykład: jest pocieszenie na modlitwie, doświadczenie Bożej obecności, osoba czuje się szczęśliwa i jest to też taki znak potwierdzający, że rzeczywiście się w tym życiu odnajduję. Najczęstsze wątpliwości młodych ludzi są takie: „Ja nie wiem, czego chce Pan Bóg”. Wtedy trzeba zadać pytanie: „A czego Ty pragniesz?”. Jezus jak powoływał, to pytał: „Czy chcesz?”. Więc pytał o to czego, człowiek chce. Nie jest to w stu procentach równoznaczne, ale jest to coś znaczącego. Jezus pyta o nasze pragnienia, bo On jak kogoś powołuje, to składa to powołanie w sercu osoby: to, za czym człowiek tęskni, w czym by się najbardziej spełniał, nie tylko na takim niskim poziomie, że coś daje mu satysfakcję. Powołanie to coś głębszego. Nie należy czekać na wolę Bożą z zewnątrz, ona jest wewnątrz. Nie zawsze jest tak, że to, co od razu chcę, to jest moim powołaniem, trzeba odróżnić „zachciankę” od mojego najgłębszego pragnienia. Ale do tego potrzebna jest znajomość siebie.

Pan Bóg daje znaki do konkretnego powołania.
Jeżeli jest dużo wątpliwości, to trzeba o nie prosić i modlić się o światło Ducha Świętego, żeby samemu ich też nie naciągać. Bo zły duch też lubi mieszać. Może powiem, o jakie znaki nie prosić. Na przykład, przed wstąpieniem do zakonu, jechałam z moją oazą odwiedzić wspólnotę oazową z innego miasta i pomyślałam wtedy: „Panie Jezu, jak mnie ten duszpasterz zapyta, czy myślę o zakonie, to będzie to dla mnie znakiem, że Ty tak chcesz”. I akurat chodziliśmy po Jaśle i mówię: „A tu są siostry wizytki. A są jeszcze jakieś inne siostry w Jaśle?”. A ten ksiądz wtedy: „A co? Myślisz o zakonie?”. I to było właśnie takie... naciągane. Prosić o znaki? tak, ale bardziej przyjmować je, gdy same przychodzą niż szukać na siłę. Pan Bóg, jeśli kogoś powołuje, daje mu wystarczająco dużo światła i znaków, żeby pójść za Nim. Jednym znakiem, który jest wspólny dla wszystkich powołań, to jest doświadczenie Bożej Miłości, doświadczenie Żywego Boga. Bez tego nie ma powołania. Na pierwszych rekolekcjach oazowych, w których uczestniczyłam, mieliśmy kaplicę z krzyżem z San Damiano i Pan Jezus spojrzał na mnie z tego krzyża, doświadczyłam wtedy Bożej Miłości, to było moim osobistym znakiem. Pierwsze takie ewidentne pragnienie, które się pokryło z momentem, kiedy poczułam, że jestem kochana, to to, że chciałam żyć dla Niego. To jest taki dość ważny element, a później Pan Bóg to potwierdza, nieraz podsyła ludzi, którzy mówią na przykład: „Ty się modlisz jak zakonnica”. Albo ktoś powie: „A nie myślałaś nigdy o zakonie?”. Czasem ludzie z zewnątrz dają takie światełka, może to być jakieś „przypadkowe” spotkanie. Te poszczególne puzzle, układają się później w całość. Ale największym znakiem, jest odkrycie swoich pragnień, uświadomienie ich sobie. Trzeba prosić wytrwale. Sens takiej modlitwy wytrwałej, nie tylko w kontekście powołania, ale w ogóle proszenia o coś Pana Boga, jest taki, że mamy za ciasne serca, żeby coś przyjąć. Dlatego często Pan Bóg daje coś po czasie, pracuje nad nami i rozszerza nam serce, po to żebyśmy byli w stanie przyjąć tę całość. To świetnie widać, gdy ktoś mówi o drodze swojego rozeznawania, że są czasem momenty, kiedy wszystko staje się jasne. Ale to są rzadkie momenty. Tak było z celnikiem Mateuszem. Czasem Pan Bóg daje takie powołanie. Spojrzał na niego, a on zostawił wszystko - nie dość że grzechy, bo tam był nieuczciwy w tym swoim zawodzie, to od razu wszedł na drogę rad ewangelicznych. Może być tak. To jest jedno z powołań. Ale wydaje mi się, że dzisiaj dużo częściej Pan Bóg, szanując wolność człowieka, jakby zaprasza go, woła, tak powoli, powoli... Kojarzy mi się historia pewnej dziewczyny, która jest na etapie rozeznawania i opowiadała mi, że na początku w ogóle nie myślała o zakonie, że tylko małżeństwo, chciała mieć męża, dzieci, dopiero później jakieś myśli o zakonie przyszły. „Dobrze, to pójdę do zakonu, ale czynnego”. A teraz coraz bardziej rozeznaje, że to jednak klauzura. Tak etapowo dojrzewa do tego. Nie od razu z myśli o małżeństwie, do myśli typu: „Idź się zamknij za kratkami”. Pan Bóg rzadko tak robi. Wydaje mi się, że to tak trochę przebiegle jest prosić Pana Boga o taki wyraźny znak, po którym od razu się będzie wiedzieć, ale lepiej ze spokojem przyglądać się swojemu sercu. Pan Bóg daje wszystko, daje takie światełka.

A jeżeli się osoba, z różnych przyczyn, nie wkroczy na drogę powołania?
Zbawić się można zawsze. Z tym, że człowiek największą pełnię szczęścia i pełnię świętości odnajdzie w tym jednym stanie, wymarzonym przez Pana Boga, ale Pan Bóg ma genialny umysł i nawet jak człowiek nie wybierze tego, bo jest wolny, to i tak osoba taka może zostać świętą, ale nie będzie miała takiej chwały w niebie, jaką by mogła osiągnąć, gdyby zrealizowała swoje powołanie. I takiej pełni szczęścia niebieskiego.

Po decyzji o wstąpieniu do zakonu, przychodzi czas na nowicjat, postulat. Co oznaczą te tajemnicze słowa?
Na początku – u nas - jest aspirat. Każde zgromadzenie ma postulat, nowicjat i profesję czasową, niekiedy bywają jeszcze jakieś dodatkowe etapy. U nas jest dwutygodniowy aspirat. To jest taki czas, kiedy kandydatka czyli aspirantka, jest z nami we wszystkich aktach wspólnej modlitwy, posiłków, w czasie rekreacji po obiedzie. Dziewczyna jeszcze w stroju świeckim, tylko ubiera się w kolorze czarno- białym. Na tym etapie nie ma jeszcze żadnych obowiązków. Po dwóch tygodniach dostaje się u nas taką pelerynkę i mały welonik, to jest już rozpoczęcie postulatu i już wtedy zaczynają się zajęcia w nowicjacie, jakieś wykłady, wspólna modlitwa Słowem Bożym. Ten czas trwa rok do dwóch. Postulat jest to szczególny czas formacji ludzkiej i chrześcijańskiej. To jest także nadrobienie pewnych braków i z wychowania, i z wiedzy religijnej. Jest to też czas zajmowania się sobą - poznawania siebie, żeby później, już w nowicjacie zająć się ślubami, przygotowaniem do poznawania rad ewangelicznych, do tego co będę ślubować. Nowicjat jest bardzo szczególnym czasem formacji, u nas to trwa dwa lata. Pierwszy rok jest tzw. kanoniczny, który musi być odbyty dla ważności nowicjatu, żeby można było złożyć śluby. Cały nowicjat, ale najbardziej ten pierwszy rok, jest czasem szczególniejszego oddzielenia, jest mniej kontaktów z rodziną, z bliskimi, z ludźmi z zewnątrz. Spędza się więcej czasu na modlitwie, jest codzienna adoracja, wszystko po to, aby móc skupić się na formacji. Jest to już wchodzenie w zakonność. Postulat skupia się bardziej na tej ludzkiej formacji, a nowicjat na zakonności. I po tym dwuletnim okresie nowicjatu składa się pierwsze śluby. Jakiś czas temu wyszedł dokument Ojca Świętego (Vultum Dei querere) dla wszystkich kobiet życia kontemplacyjnego, Papież przedłużył nam formację, więc całość formacji według Ojca Świętego ma trwać od 9 do 12 lat. To jest bardzo długo, bo przedtem całość formacji do ślubów wieczystych mogła trwać np. 5 lat – po roku postulatu i roku nowicjatu składałyśmy śluby czasowe na 3 lata i po nich były śluby wieczyste, a teraz do ślubów wieczystych potrzeba minimum 9 lat przygotowań. Ale jest to bardzo dobry czas, bo nasze życie to specyficzne życie i trzeba się do tego przygotować, by móc dojrzale złożyć profesję uroczystą. U nas jest tak, że postulantki, nowicjuszki i profeski, część zajęć mają osobno. Na przykład rekreację, czyli czas takiego bycia wspólnotowego po obiedzie, taki luźny czas do pogadania, pośmiania się, mamy osobno w nowicjacie, a osobno mają siostry po ślubach wieczystych. Jest taki rozdział. Siostry przed pierwszymi ślubami nie rozmawiają (poza koniecznością) z tymi, które są po ślubach wieczystych. Jeśli maja jakieś sprawy, to załatwiają je przez mistrzynię.

Dolna i górna granica wieku wstąpienia do zakonu?
W czynnych zgromadzeniach jest średnio do trzydziestki. A w tak zwanych klauzurowych, jest trochę inaczej, nie stawiamy rygorystycznie jakiegoś pułapu. Były kandydatki w wieku czterdziestu lat, a nawet mamy siostrę, która wstąpiła w wieku pięćdziesięciu i tak dobrze się odnalazła, że teraz jest przełożoną, a wcześniej wykładała na Uniwersytecie Jagielońskim. Dolna granica – to tu wymaga jest pełnoletniość.

Jakie inne wymagania musi spełniać kandydatka?
Potrzebne jest dość dobre zdrowie, bo jednak jest tu też trochę pracy. Na pewno potrzebne jest świadectwo o zdrowiu psychicznym. Jeżeli ktoś ma jakieś zaburzenia depresyjne albo inne to raczej nie będzie mógł być przyjęty z tego względu, że wrażliwość, nastrojowość, refleksyjność się pogłębia. U nas nie jest wymagana matura, bo nie podejmujemy działalności apostolskiej. Dobrze by było, aby osoba, która się do nas zgłasza, lubiła się modlić i czytać, bo jednak dużo czasu poświęca się na modlitwę myślną, więc jeżeli miałaby mieć awersję do medytacji, do posiedzenia przez godzinę nad Pismem Świętym i czytania duchowego, to będzie jej trudniej... Na pewno musi być jakieś pragnienie, że tu się otworzę i zrealizuję.

Czy zgada się siostra z takim twierdzeniem, że dziś o wiele trudniej jest młodym ludziom rozeznać powołanie, poznać samego siebie. Świat na zewnątrz jest bardzo głośny, szum medialny, mnóstwo „gadżetów” – jak w tym wszystkim usłyszeć głos Pana Boga?
Wydaje mi się, że hałas jest jeden z głównych problemów, bo nawet jak już ktoś rozezna powołanie i wstąpi do klasztoru, to trudniej jest mu przestawić się do ciszy. Widzę trudności obecnych najmłodszych sióstr. Jedna postulantka do drugiej: „Chodź, zrobimy sobie selfie!?” I odpowiedź: „Ale… nie mamy komórki…!”. Drugim dużo poważniejszym problem jest to, że dzisiaj młodzież jest bardziej niezdecydowana niż kiedyś. Pamiętam wypowiedź jednego psychologa, który mówił, że dzisiaj poziom dojrzałości człowieka jest inny. Kiedyś mówiło się, że dorosły człowiek to jest 20-latek, parę lat temu, mówiło się, że 25-letni, a teraz to jest 30 plus. I też ten próg wiekowy się podnosi u ludzi, którzy przychodzą do zakonu. Jest to bardzo wyraźne, patrząc choćby po seminariach. Kiedyś przychodzili chłopcy po maturze, a dzisiaj są to zwykle osoby, które już pracowały, studiowały, jest dużo starszych powołań. Do tego dochodzi jeszcze lęk przed pomyłką. W procesie mojego rozeznawania powołania też już to się zaczynało, ale łaska Boża to przezwyciężyła. Ze mną wstępowała do klasztoru dziewczyna 2 lata młodsza, u której już mocno było widać taką mentalność, że szukam pewności, chcę mieć pewność, że się nie pomylę. Też trochę tak miałam, nie mówiłam za bardzo mojej wspólnocie, że idę, bo się bałam co będzie jak wrócę, nie chciałam żeby wiedzieli. Ale dzisiaj to niezdecydowanie jest jeszcze większe, bo boimy się tej odpowiedzialności, boimy się ryzyka. To też widać nawet po dużej ilości małżeństw niesakramentalnych, tak zwanym życiem „na kocią łapę”. Po co się będę decydować, jak nie wiem jak będzie za pięć lat? A w tym wszystkim jest jednak bardzo ważne, to o co się pyta Pan Jezus: „Czy chcesz?” On nie zadaje pytania: „Czy wiesz?” - Że to jest twoje miejsce. Zaryzykuj. To jest też moja rada dla tych którzy rozeznają, nie bój się zaryzykować. Jak się pomylisz, to nic się nie stanie, możesz zacząć od nowa, ale będziesz żałować do końca życia tego, że nie spróbowałeś. Jest też taka pewna reguła w postępowaniu Pana Jezusa z nami, że On nie daje sto procent pewności „przed”, pewność przychodzi dopiero po... ślubach wieczystych. Pamiętam swój czas kilku miesięcy po maturze, gdzie nie wiedziałam: iść na te studia czy nie iść, wybrać „to” czy „tamto”? To było ogromne cierpienie i to dla innych osób też jest ogromne cierpienie, ale trzeba mieć po prostu taką wiarę, że Pan Jezus daje mi wystarczająco dużo światła, wystarczającą ilość łaski, żeby z odwagą pójść za Nim. Żeby nie zwlekać.

Kiedy więc jest ten najlepszy czas na powiedzenie Bogu „tak”. Zaraz po maturze? Czy może najpierw należy iść na studia, zdobyć jakiś zawód, żeby być pożytecznym w zakonie?
Najlepszy czas żeby iść, jest wtedy kiedy wiem, że mam iść, kiedy wiem, że mnie Jezus woła. Podam przykład mojej koleżanki, która zaczęła studia i miała moment, że Pan Jezus ją wołał. Trzeba patrzeć na Ewangelię, jak Jezus powołuje w Ewangelii. Jest napisane, że Jezus przechodził koło jeziora, zobaczył uczniów i ich powołał. Jezus więc przechodził, a nie stał i czekał. Jeżeli On woła, to w konkretnym momencie, więc jeżeli ktoś rozeznaje, że ma powołanie, to bym radziła tej osobie: „Idź teraz”. Nie myśl o tym, jak się ustawić w zakonie, bo to ja mogę sobie wybrać zawód, a później mnie nie wykorzystają. Zaufaj, jeżeli pójdziesz do zakonu i zakon będzie cię potrzebował w jakimś fachu, to sam cię wykształci i pośle Cię, tam gdzie Jezus będzie chciał. Ta moja koleżanka poszła na studia z chemii i miała moment powołania przed licencjatem na III roku, tak bardzo chciała wstąpić, a ja nie miałem wątpliwości, że to jest jej droga. Do tej pory nie mam wątpliwości. To było marzenie Pana Boga o niej. Ale ona stwierdziła, że może jednak skończy najpierw studia i pod koniec V roku poznała chłopaka. Dzisiaj mają synka, są szczęśliwym małżeństwem, ale jestem przekonana, że ten moment, który przeżywała przed licencjatem, był bardzo niezwykłym działaniem łaski w niej. W tym czasie szczególnym Pan Jezus daje najwięcej siły i jest to najłatwiejszy moment. Później można do tego wrócić, ale jest coraz trudniej. Człowiek znajduje sobie mnóstwo argumentów, racjonalnych, żeby jeszcze zrobić „to” czy „tamto”.

„Błędny wybór powołania, wszystko jest błędem w życiu, wszystko się nie udaje ( św. Grzegorz z Nazjanzu). Czy to jest prawda?
A to ze świętym Grzegorzem się kłócić nie będziemy. To zdanie jest prawdziwe na etapie rozeznawania, a na etapie, gdy ktoś już decyduje się składać śluby, to człowiek nie rozeznaje sam. Rozeznaje z nim Kościół czyli przełożeni, jest pieczęć Kościoła, więc to nie jest tak, że ta osoba popełnia błąd, ale wspólnota przygląda się, czy ta osoba się nadaje i wspólnota decyduje, czy tę osobę dopuszczamy do ślubów czy nie. Jeżeli już w takim wypadku – czyli np. w czasie decydowania o wieczystych ślubach - ktoś jednak sam chce i podejmuje odpowiedzialność, modli się, pyta Boga i szczerze rozeznaje, a nie działa wbrew sobie, na przykład, wiem, że to nie jest moje miejsce, ale jednak poproszę o przyjęcie do zakonu, to wtedy to zdanie św. Grzegorza by się sprawdziło. Może być tak, że ktoś tak robi, teoretycznie, bo praktycznie sobie raczej tego nie wyobrażam, wspólnota się zgadza na złożenie ślubów, bo się jakoś tam dostosował, a po latach okazuje się, że mu ciężko, że ten człowiek dostosował się jedynie zewnętrznie, i w końcu nie wytrzymuje presji i wybucha. Wydaje mi się jednak, że w momencie, kiedy człowiek szczerze pyta Pana Boga i ma ten czas na rozeznawanie, rozmawia z Kościołem, z tymi którzy są posłani do formacji, z przełożonymi, to jest to też gwarancja do tego, że Pan Bóg bierze za to odpowiedzialność, że Bóg wspomoże człowieka na tej drodze. Pomyślmy chociażby o grzechu. Bóg tego nie chciał, ale co, zostawił człowieka potem? Nie zostawił. Wymyślił inny sposób, żeby go zbawić.

Jaka jest historia siostry powołania?
Początkowo myślałam bardziej o czynnym zgromadzeniu, dokładnie o Nazaretankach, z tego względu, że wiedziałam, że rodziny potrzebują modlitwy, moja rodzina jej potrzebuje. Ten charyzmat Nazaretanek był mi bliski. Od tej strony wiedziałam, że Pan Bóg mnie do takiej modlitwy zaprasza. Dopiero później zrozumiałam, że modlić się za rodziny mogę też w klauzurze, że to w ogóle jest szczególne miejsce modlitwy, a swoją drogą, mogę mieć taki charyzmat modlitwy za rodziny. Byłam też mocno zaangażowana w oazę, w parafii franciszkańskiej. Tam był taki zwyczaj, że na dzień świętego Franciszka młodzież oazowa przygotowywała przedstawienie. Już w pierwszym roku, jak trafiłam do oazy, wybrali mnie na św. Klarę. I przez 5 lat z rzędu grałam św. Klarę. Miałam nawet pseudonim: „Klara”. Mało kto wiedział, jak naprawdę mam na imię, tylko wszyscy się do mnie tak zwracali. Pamiętam, że jednego roku, to chyba było w klasie maturalnej, już po takiej generalnej próbie przedstawienia, tak mnie wtedy jakoś to przedstawienie poruszyło, że w tym średniowiecznym stroju świętej Klary uklękłam przez tabernakulum i powiedziała Panu Jezusowi, że ja chyba chcę tak żyć. Choć później nachodziły mnie wątpliwości, że tylko osoby szalone zamykają się za kratkami, że na pewno to są jakieś ponure siostry. Tak sobie wtedy myślałam, bo nie znałam żadnej klaryski. Ale osoby z mojej wspólnoty oazowej albo duszpasterze widzieli we mnie klaryskę. Z kolei jeszcze inne osoby, mówiły, że bardziej nadaję się do przedszkolaków. Utkwiła "mi mocno w pamięci, jedna sytuacja, że taki mój kolega ministrant, wołał za mną: „Klara - klarystka”, nie klaryska, tylko przekręcał: „klarystka”. To mi tak dawało do myślenia. Pamiętam też, jak po raz kolejny przyszły wątpliwości, czy jednak powinnam iść do nazaretanek, bo jednak wydawało się, że bycie nazaretanką niewiele mnie będzie kosztować. Co Panu Jezusowi dam? Na oazy będę mogła jeździć, na urlop w moje ukochane Bieszczady… Pamiętam też taką jedną rozmowę ze znajomym księdzem, który widział, że coś przeżywam. Pyta się mnie: „Co tam?”. Mówię mu, że w sumie to nie wiem czy klaryski czy nazaretanki, a on odpowiedział mi na to jednym, krótkim zdaniem: „To rozeznawaj”. Jedno zdanie i wtedy do mnie dotarło, że to może być prawdziwe, że jednak klaryski. Pan Bóg „wywinął” mi wtedy numer, bo jedna ze znajomych moich nazaretanek, która była wtedy profeską czasową, przeszła do klarysek, pojechałam ją wtedy tylko odwiedzić, z zastrzeżeniem: „Panie Jezu, jadę tylko odwiedzić”. Ale On i tak podczas tych „tylko odwiedzin” zrobił swoje. Przyjechałam do niej tylko na jedną noc, a na drugi dzień miałam jechać prosto do Krakowa na zjazd kandydatek do nazaretanek. Posiedziałam chwilę z klaryskami, a jak wróciłam, moja przyjaciółka, tak patrzy na mnie i mówi: „Ty się bardzo zmieniłaś, jesteś dla mnie… jakaś milsza. Coś się z tobą tam stało?”. Moja przyjaciółka to zobaczyła, ja jeszcze nie wiedziałam co się stało, ale już czułam, że coś się zadziało. Drugi raz przyjechałam do Skaryszewa po maturze, w tym czasie jeszcze składałam papiery na studia, na pedagogikę, choć tak naprawdę to bardzo nie chciało mi się iść na żadne studia, ale nie miałam pewności, do jakiego zakonu chcę iść, więc studia miały być czasem dalszego rozeznania. Pojechałam się tylko pomodlić, parę dni pobyć w ciszy przed Panem Jezusem. Wtedy na adoracji, Pan Jezus mi powiedział: „Tu chcę cię mieć”. To było takie wewnętrzne poczucie. I powiedział: OK, no to idę. Poprosiłam o rozmowę z Matką Ksieni i dwa miesiące później przekroczyłam próg klauzury.

Słowo dla naszych czytelników.
Dla tych, którzy nie rozeznają powołania, to ogromny apel o modlitwę za tych, których Bóg wzywa i nie tylko o to, żeby powoływał. Jezus mówi: „Żniwo wielkie ale robotników mało,proście Pana, żeby wysłał robotników”, ale też o to, żeby się oni wzięli do pracy, żeby się podjęli konkretnego działania. To, że dzisiaj mówi się o spadku powołań, to nie jest kwestia tego, że Pan Bóg mniej osób powołuje, Bóg woła tak samo jak na początku wołał, tylko mniej jest tych odpowiedzi. Modlitwa o miłość do Jezusa i o odwagę, te dwie rzeczy są najbardziej potrzebne tym, których Bóg chce mieć dla siebie. Jeżeli zakochałam się w Jezusie - to postępuję tak jak osoba zakochana, która dla ratowania drugiego, gotowa jest rzucić się z mostu – więc zostawiam dla Niego wszystko. Dla tych co Bóg powołuje: „Odwagi! Odwagi do ryzyka”. Nie czekaj na moment, kiedy będziesz wiedział. Człowiek nie będzie miał sto procent pewności „przed”. Nie bój się popełnić błędu, tu trzeba wykazać się pokorą. Jeżeli się pomylisz to się pomylisz, jesteś człowiekiem, masz prawo. Ale Bóg cię wspomaga i  liczy na twoją szczerą wolę. Dla mnie bardzo pomocne było - powtarzam to wszystkim z którymi rozmawiam o powołaniu - uświadomienie sobie pewnej rzeczy. Skoro szukam powołania, mam pragnienie, aby je odkryć i pójść za Nim, a Bóg pragnie właśnie pokazać mi tą drogę, to nie ma szans, żeby te dwa pragnienia się nie spotkały. I wiara w to dawała mi ogromną siłę, że nawet jeśli pobłądzę, to jestem na dobrej drodze, bo szukam. Błądzi ten kto nic nie robi. Ale Pan Bóg ostatecznie wie co wybierzemy. On strzeże nas na wszystkich drogach, wszystko ma w Swojej dłoni.